W PRL-u na parapetach królowały rośliny łatwe w uprawie, odporne i „do zdobycia” z sadzonki od sąsiadki, a nie z dobrze zaopatrzonego sklepu. Sadziło się to, co wytrzymywało suche kaloryfery, przeciągi i brak specjalistycznych nawozów, a przy okazji zdobiło mieszkanie przez cały rok. To właśnie z tych realiów wzięły się klasyczne babcine kwiaty doniczkowe, które wiele osób pamięta do dziś.
Jakie były najpopularniejsze babcine kwiaty doniczkowe w PRL i dlaczego wszyscy je mieli?
Najpopularniejsze babcine kwiaty doniczkowe w PRL były po prostu „wszędzie”, bo wnosiły życie do małych, szarych mieszkań. W latach 60., 70. i 80. kwiaty stawały się namiastką ogrodu, którego większość ludzi po prostu nie miała. W blokach z wielkiej płyty rośliny zastępowały widok na zieleń, a parapet czy meblościanka były często jedynym miejscem, gdzie można było coś uprawiać i obserwować, jak rośnie.
Pelargonie, paprotki czy fikusy królowały w domach także dlatego, że były stosunkowo odporne i wybaczały błędy. Sprawdzały się przy suchym powietrzu z kaloryferów i niezbyt dużym nasłonecznieniu, czyli w typowym mieszkaniu w bloku. Rośliny, które przeżywały kilka lub kilkanaście lat w takich warunkach, szybko zyskiwały miano „pewniaków” i naturalnie przechodziły z jednego domu do drugiego. Z czasem tworzył się niepisany kanon kilku gatunków, które „po prostu trzeba było mieć”.
Ogromne znaczenie miała też warstwa symboliczna. Kwiaty doniczkowe w PRL-u bywały jednym z niewielu elementów wystroju, który można było dowolnie kształtować, bez kartek, kolejek i przydziałów. Okazała sansewieria ustawiona przy wejściu czy duży fikus w rogu pokoju pełniły trochę funkcję dzisiejszych designerskich dodatków: pokazywały, że gospodyni dba o dom, a w mieszkaniu panuje porządek i „dobry gust”, choć dostęp do innych dekoracji był mocno ograniczony.
Nie bez znaczenia pozostawała także moda i siła naśladownictwa. Jeśli w jednym bloku na klatce co trzecie mieszkanie miało w oknie te same czerwone pelargonie, inni lokatorzy szybko chcieli mieć podobne. Rośliny widywane w „Kobiecie i Życiu”, „Przyjaciółce” czy w popularnych wtedy serialach telewizyjnych stawały się wzorcem, do którego dążyło się przy urządzaniu własnego kąta. W efekcie w tysiącach mieszkań, od Szczecina po Przemyśl, powtarzały się te same kwiatowe kompozycje, tworząc bardzo rozpoznawalny obraz domowego PRL-u.
Które rośliny kojarzą się najmocniej z mieszkaniem w bloku w PRL – od pelargonii po paprotki?
Gdy myśli się o mieszkaniu w bloku z czasów PRL, w wyobraźni od razu pojawia się okno pełne doniczek. W przeciętnym M3 z lat 70. czy 80. mogło stać po kilkanaście roślin, często tych samych u wszystkich sąsiadów. Kwiaty wypełniały brak przestrzeni i kolorów, a przy okazji dawały trochę prywatności w długich rzędach identycznych balkonów.
Najmocniej z epoką kojarzą się klasyki: pelargonie na balkonie, paprotki w dużym pokoju i sansewieria na klatce schodowej. Ich popularność nie była przypadkowa – dobrze znosiły suche powietrze z kaloryferów, przeciągi i częsty brak słońca na niższych piętrach. W niejednym mieszkaniu te same odmiany rosły po 10–15 lat, przechodząc z pokoju do pokoju razem z domownikami.
Można wskazać całą listę roślin, które dziś od razu „pachną” PRL-em, bo przewijały się w tysiącach bloków w całej Polsce.
- Pelargonia (zwłaszcza czerwona i różowa) – królowa balkonów i loggii, sadzona zwykle w długich, plastikowych skrzynkach od wiosny do pierwszych przymrozków.
- Paprotka, najczęściej nefrolepis – ustawiana na kwietniku w rogu „dużego pokoju”, potrafiła osiągać ponad 60–70 cm średnicy i tworzyć charakterystyczną zieloną kaskadę liści.
- Sansewieria, czyli „język teściowej” – stawiana tam, gdzie inne rośliny sobie nie radziły, od ciemnego przedpokoju po zakurzone biuro spółdzielni.
- Geranium, zwane anginką – oprócz dekoracji służyło jako domowy „inhalator”, bo liście o intensywnym zapachu przykładano do nosa przy katarze.
- Trzykrotka i zielistka – często sadzone razem w jednym pokoju dziecinnym, bo szybko rosły i łatwo się rozmnażały nawet w szkolnych świetlicach.
Te gatunki tworzyły niepowtarzalny klimat blokowiska: trochę ciasny, ale pełen zieleni. W wielu mieszkaniach zajmowały całe kwietniki na trzech poziomach, od podłogi po sufit, a dzieci potrafiły rozpoznać je z imienia, zanim nauczyły się nazw drzew rosnących pod blokiem. Do dziś na starych zdjęciach rodzinnych z lat 1975–1989 w tle najczęściej widać właśnie pelargonie, paprotki i sansewierię – niemal tak stałe jak meblościanka czy dywan na ścianie.
Jakie kwiaty doniczkowe sadziło się na kuchennym parapecie, a jakie w dużym pokoju w czasach PRL?
Podział był dość prosty: kuchenny parapet zajmowały rośliny „do zadań specjalnych”, a duży pokój – te pokazowe, bardziej reprezentacyjne. Kuchnia w bloku z lat 70. i 80. miała często jedno, niewielkie okno, więc wybierano tam gatunki odporne na przeciągi, opary i częste wietrzenie. W salonie, który bywał jedynym większym, jasnym pokojem, ustawiano natomiast rośliny o bardziej dekoracyjnych liściach i kwiatach, czasem rosnące nawet po kilkanaście lat w jednym miejscu.
Na kuchennych parapetach królowały głównie rośliny praktyczne i łatwe w uprawie. Bardzo często stawiano tam grubosza, zwanego drzewkiem szczęścia, który znosił suche powietrze i nieregularne podlewanie. Obok pojawiały się doniczki z zieloną cebulką, pietruszką czy szczypiorkiem, a także aloes, używany jako domowe „lekarstwo” na oparzenia. W wielu mieszkaniach na wschodnich lub północnych oknach trzymano też sansewierię, czyli wężownicę, bo dobrze radziła sobie przy mniejszej ilości światła.
W dużym pokoju ważniejszy był efekt wizualny, dlatego pojawiały się tam okazałe, często wysokie rośliny. Jedną z najczęstszych była paprotka nefrolepis, zawieszana w makramowych kwietnikach pod sufitem albo stawiana na specjalnych kwietnikach z metalu. Na szafach i meblościankach rozkładały się długie pędy zielistki czy bluszczu, a przy oknie stały donice z difenbachią czy filodendronem pnącym. Tego typu rośliny potrafiły wypełnić całą wnękę okienną, tworząc charakterystyczną „zieloną zasłonę” pamiętaną przez wiele osób z tamtych czasów.
Dobrze tę różnicę między kuchnią a pokojem pokazuje proste zestawienie kilku popularnych roślin z lat 60.–80.:
| Roślina | Typowe miejsce w PRL | Dlaczego akurat tam? |
|---|---|---|
| Grubosz (drzewko szczęścia) | Kuchnia | Znosił suche powietrze, mało wymagający, mała doniczka mieściła się na wąskim parapecie |
| Aloes | Kuchnia | Trzymany „pod ręką” jako domowy środek na oparzenia i skaleczenia |
| Paprotka nefrolepis | Duży pokój | Dekoracyjne, gęste liście, dobrze wyglądała w wiszących kwietnikach |
| Pelargonia | Duży pokój, balkon | Długo i obficie kwitła, mocny kolor kwiatów podkreślał „odświętny” charakter pokoju |
| Zielistka | Duży pokój | Tworzyła zwisające rozety, często ustawiana na szafach i meblościankach |
Taki rozdział roślin nie był przypadkowy, tylko wynikał z funkcji pomieszczeń i dostępnego światła. Kuchnia, zwykle mniejsza i bardziej „robocza”, dostawała gatunki odporne i praktyczne, natomiast duży pokój – te, które robiły wrażenie na gościach. Dzięki temu nawet na kilkunastu metrach kwadratowych udawało się stworzyć dwa zupełnie różne, ale uzupełniające się zielone światy.
Skąd babcie brały sadzonki i jak wymieniały się kwiatami doniczkowymi w PRL?
Babcie brały sadzonki głównie „z rąk do rąk”, a nie ze sklepu. W latach 60., 70. czy nawet 80. w kwiaciarniach wybór roślin był mały, więc prawdziwa kolekcja rodziła się przy kuchennym stole, na imieninach albo podczas wizyty u sąsiadki. Często wystarczał jeden listek fiołka afrykańskiego albo mała odnoga zielistki, żeby po kilku tygodniach na parapecie pojawiła się nowa doniczka.
Wymiana kwiatów była wtedy trochę jak dzisiejsze grupy w mediach społecznościowych, tylko działa się „na żywo”. Sąsiadki z jednego piętra wiedziały, kto ma piękną hortensję, a kto rzadką odmianę pelargonii, i umawiały się na podział kępki czy ucięcie kilku pędów. Często sadzonki przyjeżdżały też „z prowincji” – w pudełku po butach, włożonym do torby PKS-u, razem z jajkami i słoikami. Roślina z takiej przesyłki miała swoją historię i zwykle w rodzinie funkcjonowała pod imieniem właścicielki, na przykład „pelargonia od cioci Zosi z Lubelskiego”.
Same metody rozmnażania były bardzo proste, ale zaskakująco skuteczne. Pędy trzykrotki czy pelargonii obcinało się zwykłymi nożyczkami, wstawiało na kilka dni do wody w szklance po musztardzie, a potem wsadzało do ziemi z ogródka działkowego albo z lasu. Grubsze kłącza i rozrośnięte karpy dzielono nożem kuchennym i rozsadzało po rodzinie, tak że jedna roślina po 2–3 latach mogła trafić do kilkunastu mieszkań. W ten sposób „babcine” kwiaty rozchodziły się po całych blokach, a czasem nawet po całych miastach, tworząc swój mały, zielony obieg zamknięty.
Jak dbano o babcine kwiaty doniczkowe w PRL, gdy brakowało nawozów i specjalistycznych środków?
Najprościej mówiąc, o babcine kwiaty w PRL dbano „domowymi sposobami”. Zamiast kolorowych butelek z marketu były resztki z kuchni, woda po gotowaniu i cierpliwe obserwowanie roślin. To właśnie codzienna uważność często zastępowała brak nowoczesnych nawozów i środków ochrony.
Powszechnie używana była woda po gotowaniu ziemniaków, makaronu czy ryżu, oczywiście bez soli. Zawierała trochę skrobi i minerałów, więc podlewano nią paprotki, fiołki i sansewierie. Taką wodę studzono do temperatury pokojowej, a potem dawano roślinom raz na tydzień lub dwa, w zależności od tego, jak szybko przesychała zwykła ziemia z działki czy ogródka.
Domowym „nawozem uniwersalnym” były też fusy po kawie i herbacie. Rozsypywano je cienką warstwą na powierzchni ziemi albo mieszano z podłożem przy przesadzaniu, dzięki czemu ziemia stawała się bardziej pulchna. Nie robiono tego częściej niż co kilka tygodni, bo zbyt gruba warstwa fusów tworzyła skorupę i zatrzymywała wodę. Często łączono fusy z drobnym piaskiem lub ziemią z kompostownika, jeśli ktoś miał ogród lub działkę.
Środki ochrony roślin zastępowały roztwory robione w domu. W blokach popularna była woda z dodatkiem szarego mydła, którą przecierano liście, gdy pojawiały się mszyce lub przędziorki. Co kilka tygodni delikatnie myto liście paprotek i difenbachii pod prysznicem albo w wannie, osłaniając doniczkę folią, żeby nie wypłukać całkiem składników odżywczych z ziemi. Taki „prysznic” pomagał też zmyć kurz z mieszkań ogrzewanych piecami węglowymi.
Przydatnym trikiem było także wykorzystanie tego, co akurat było pod ręką: pokruszonych skorupek jaj, popiołu z pieca czy starych gazetek. Skorupki suszono, tłuczono i dodawano do ziemi jako źródło wapnia, szczególnie pod rośliny, które lubiły mniej kwaśne podłoże. Popiołem z drewna lub węgla posypywano czasem wierzchnią warstwę ziemi, ale bardzo oszczędnie, bo łatwo było „przekarmić” delikatniejsze gatunki. Do ochrony mebli i utrzymania porządku pod doniczkami używano wyciętych kółek z gazet lub tektury, które jednocześnie chroniły przed nadmiarem wody.
Dbanie o rośliny w PRL oznaczało też sprytne gospodarowanie światłem i temperaturą. Doniczki regularnie obracano o 90 stopni, zwykle co tydzień, żeby roślina rosła równomiernie i nie wyginała się tylko w stronę okna. Zimą rośliny odsuwano od lodowatych szyb o kilka centymetrów i podkładano pod doniczki dodatkowe talerzyki, żeby korzenie nie marzły od chłodnego parapetu. Latem zasłaniano je firanką lub ustawiano jedno za drugim, tak aby wrażliwsze gatunki stały w lekkim cieniu pelargonii czy większych fikusów.
Które z babcinych kwiatów doniczkowych z PRL warto dziś znów posadzić w domu i jak je mądrze wybrać?
Do domów najłatwiej wracają te „babcine” rośliny, które wytrzymują suche powietrze, lekkie zaniedbanie i wciąż wyglądają dobrze. Dlatego do współczesnych mieszkań zwykle najlepiej pasują sansewierie, zielistki, grubosze, hoja czy paprotki o bardziej kompaktowych odmianach. W blokach z centralnym ogrzewaniem sprawdza się zwłaszcza zielenina odporna na kaloryfery i zimowe zaciemnienie, czyli gatunki, które udawało się utrzymać także babciom pracującym na trzy zmiany.
Przy wyborze dobrze pomaga kilka prostych kryteriów: ilość światła w pokoju, miejsce na doniczki i gotowość do regularnej pielęgnacji. W jasnej kuchni od strony wschodniej zwykle lepiej czuje się pelargonia czy aloes, natomiast w ciemniejszym salonie od północy zdrowiej rośnie zamiokulkas lub sansewieria, które spokojnie znoszą 2–3 miesiące gorszego oświetlenia zimą. Przy dzieciach lub zwierzętach domowych opłaca się sprawdzić, czy roślina nie ma trujących liści, szczególnie dotyczy to diffenbachii czy filodendronów pamiętanych z lat 70. i 80. Dopiero na tym tle sentyment może zdecydować, czy wróci do domu konkretna paprotka z czasów PRL, czy raczej jej równie urokliwy, ale mniej kłopotliwy kuzyn.


by